Noc. Burza. Megi biegła przed siebie, nie patrząc gdzie. Nie obchodziło ją, co się z nią stanie. Chciała tylko uciec od tamtego miejsca… od złych wspomnień… zbyt dużo pytań, na które nie było odpowiedzi… Co teraz będzie ? Co mam robić ? Wciąż słyszała krzyki tamtych ludzi… Dobiegła do lasu. Gałęzie drzew mijane w pośpiechu, raniły ją w twarz. Nie wiedziała o czym już myśleć.. czy jest jakiś sens takiego życia… W końcu zatrzymała się. Zamknęła oczy i oparła się o drzewo. Była taka zmęczona… Usłyszała czyjąś rozmowę.
- Czy… to tutaj ?
- Tak… no chodź, na pewno ci się spodoba… Megi wyjrzała zza drzewa. Zobaczyła dwie postacie pod parasolem: kobietę i chłopaka… to na pewno matka z synem… wyczuła ich zdenerwowanie i strach. Oboje weszli przez bramę, do jakiejś posiadłości. Zaciekawiona Megi szła za nimi. Po chwili ktoś otworzył drzwi… kobieta o jasnych włosach.
- Przepraszam że my tak późno, ale…
- Nic nie szkodzi. Wejdźcie do środka.
Megi schowała się za wielką wazą obok okna. Kobiety rozmawiały ze sobą, a chłopak rozglądał się z ciekawością po korytarzu. Megi przyłożyła ucho do szyby.
-…wiele czytałam o tym instytucie… i wiem że mój syn będzie tu bezpieczny…
- A z jaką zdolnością do nas przyjechałeś ? – przerwała jej jasnowłosa zwracając się do jej syna.
- Max…- szepnęła matka. Chłopak powoli zdjął płaszcz… Megi zamurowało.
- On… ma… skrzydła ! – wyszeptała powoli cofając się do tyłu. Niechcący przewróciła wazę. Rozległ się huk tłuczonej porcelany.
- Kto tam jest ?! – usłyszała, odskakując od okna. Po co ja w ogóle tu przychodziłam ! Dobiegła do bramy, przeskoczyła ogrodzenie i uciekała dalej. Nikt jej nie gonił, ale mimo to, wolała się jeszcze oddalić… wbiegła na ulicę. Oślepiły ją światła… co było potem, nie pamięta.